
Ostatnio wszyscy żyjemy niesamowitą drogą Mai Chwalińskiej na Roland Garros. Kiedy patrzy się na suche wyniki w internecie, łatwo wpaść w pułapkę oceniania świata przez zero-jedynkowe „wygrała / przegrała”.
Ale jako kobieta, która w życiu zawodowym i publicznym widziała już niejedną bitwę, wiem jedno: prawdziwe, życiowe zwycięstwa rzadko kiedy mają kształt złotego pucharu.
Częściej mają twarz zmęczonej dziewczyny, która po wyczerpującym meczu, ledwo stojąc na nogach, z klasą gratuluje rywalce, a potem cierpliwie podpisuje kibicom piłki i kapelusze.
Dla mnie Maja wygrała ten turniej na długo przed ostatnią piłką. I nie mówię tego z pozycji internetowego coachingu. Mówię to, bo jej historia to gotowy podręcznik o tym, jak podnosić się z kolan.
Maja przeszła przez depresję. Głośno o tym opowiedziała, zrobiła krok w tył i… wróciła. W świecie, który każe nam biec bez wytchnienia, luksus powiedzenia „stop, muszę uratować siebie” to najwyższy wymiar odwagi.
Z tej jednej, niezwykłej historii rozwija się dla nas cały bukiet życiowych lekcji. Nazwę je umownie płatkami inspiracji.
Płatki, które warto zerwać dla siebie
Gdybyśmy mieli rozłożyć sukces Mai na czynniki pierwsze, zobaczylibyśmy historię utkaną z co najmniej ośmiu wyjątkowych płatków:
- Odwaga – by przyznać się, że jest ciężko.
- Zdrowie psychiczne – bez zdrowej głowy żaden talent nie udźwignie presji.
- Mądra przerwa – zatrzymanie się to wielka świadomość…. Czasem to też strategia.
- Wielki powrót – dowód na to, że po mroku zawsze nastaje dzień.
- Konsekwencja – budowanie formy i konsekwentne realizowanie celu, krok po kroku.
- Skromność – prawdziwa szlachetność nie potrzebuje wokół siebie zgiełkliwego show.
- Szacunek – kultura i elegancja pokazana zmanierowanemu światu po przegranym meczu.
- Nadzieja – sygnał dla każdego, kto myśli, że w życiu na coś się spóźnił. Nie, nie jesteście spóźnieni. Każdy ma swój timing.
Sukces pisany pierniczkami, czyli zaplecze, które wierzy na zabój
Ale te płatki nie rozwinęłyby się, gdyby nie zaplecze. I tu dochodzimy do elementu, który poruszył mnie najbardziej. Trafiłam w sieci na niezwykle osobisty i poruszający wpis Grzegorza Berglera, ojca innej zdolnej polskiej tenisistki, Olivii Bergler.
Grzegorz jako rodzic, który sam zjeździł z córką dziesiątki młodzieżowych turniejów i doskonale zna brutalne realia tego sportu „od zaplecza”, opisał sytuację, która rzuca zupełnie nowe światło na sukces Mai.
Często wydaje nam się, że za wielkim tenisem stoją wyłącznie wielomilionowe kontrakty, luksusowe hotele i sztaby specjalistów opłacanych z góry na rok.
Tymczasem za sukcesem Mai stoją lata wyrzeczeń i człowiek, który udowodnił, że definicja słowa „menadżer” potrafi być w sporcie nieskończenie piękna. To Piotr Szczypka.
Jak wspomina Grzegorz Bergler, Piotr uwierzył w Maję tak bardzo, że przez lata inwestował w nią własne, prywatne pieniądze.
Opisał on cudowną anegdotę z jednego z wcześniejszych turniejów ITF w Austrii. Piotr opłacił kolejną noc w hotelu, kupił porządny obiad dla Mai, żeby miała siłę walczyć na korcie… a sam, kiedy budżet wyparował, żywił się darmowymi pierniczkami korzennymi z hotelowej lady.
Najlepsze w tym wszystkim jest to, że nastoletnia wtedy Maja, zupełnie nieświadoma finansowych akrobacji swojego menadżera, spojrzała na niego z rozbrajającą szczerością i rzuciła:
„Pan to musi te pierniczki bardzo lubić…!”
No i jak tu się nie uśmiechnąć? Kiedy widziałam Maję po finale turnieju, myślałam o tych zwycięskich meczach w Paryżu, które doprowadzały jej menadżera do łez wzruszenia na trybunach. Ale widziałam też właśnie te pierniczki.
To historia o ludziach, którzy nie kalkulowali czystego zysku z procentu od kontraktów sponsorskich, tylko postawili wszystko na jedną kartę, bo zobaczyli w drugim człowieku diament.
Grzegorz Bergler dodał od siebie, że sam niejednokrotnie nie płacił czynszu za mieszkanie, byle tylko jego córka mogła grać w turniejach. To pokazuje, jak gigantyczną cenę płacą polskie rodziny i pasjonaci za to, byśmy mogli potem dumnie kibicować „naszym Biało-Czerwonym” przed telewizorami.
Lekcja dla nas
Czego nas to uczy? Że na własny szczyt nigdy nie wchodzi się w pojedynkę. Często nawet nie wiemy, ile osób na naszym “zapleczu”: w pracy, biznesie czy rodzinie – zupełnie bez naszej wiedzy „je dla nas te korzenne ciasteczka”, dając nam przestrzeń i siłę, byśmy w kluczowym momencie mogli dać z siebie wszystko.
Maju, gratulacje dla Ciebie i całego Twojego sztabu. Pokazaliście, że cicha siła, lojalność i uparty powrót do gry mają dziś największą wartość. Przypomnieliście nam, że wielkie rzeczy rodzą się w bólach, ale to właśnie dlatego smakują najlepiej. Jak korzenne pierniczki!
A my, patrząc na Was, dostaliśmy najpiękniejszy bukiet inspiracji.
Dziękujemy!

Foto sport.pl i facebook.com/TransferyPilkarskie



































