


Polska mierzy się z falą upałów. Termometry biją rekordy, asfalt mięknie, a my z utęsknieniem wypatrujemy cienia i klimatyzacji.
Podczas mojego, dziś zakończonego, urlopu na Sycylii słońce było codziennym kompanem. Temperatury regularnie przekraczały 40 stopni. Morze było ciepłe, a opalanie się w większości odbywało się w cieniu.
Podczas wycieczki w głąb wyspy powietrze wręcz wibrowało od żaru. Spacerując po wiekowych uliczkach, co chwilę słyszałam: „Ale upał…”, „Nie da się wytrzymać”.
Nasza przewodniczka, kobieta o wielkiej klasie i spokoju, ucięła te utyskiwania jednym zdaniem: „Proszę Państwa, przyjechaliście na Sycylię. Jeśli te temperatury są dla Państwa wyzwaniem, następnym razem polecam Norwegię”.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Ta riposta została z nami na dłużej, bo powrót do Polski okazał się prawdziwym sprawdzianem dla hartu ducha wszystkich uczestników wyjazdu.
Ponad półtorej godziny jazdy na lotnisko autobusem, w którym klimatyzacja okazała się jedynie wspomnieniem. A po przylocie… kolejna „sauna” na kółkach: duszny transfer z płyty lotniska do terminala. Bez klimatyzacji, przy zamkniętych oknach, postoje, powietrze niemal stojące w miejscu. Ludzie wokół byli skrajnie zmęczeni i bardzo poirytowani.
I właśnie wtedy wydarzyło się coś, co nazwałabym „małym cudem komunikacji”.
Jadąca z nami nastolatka, zamiast dołączyć do narzekających, uśmiechnęła się promiennie i powiedziała: „Dobrze, że ten autobus we Włoszech nas już zahartował”.
Jedno zdanie. I nagle w autokarze zrobiło się… lżej. Nie, temperatura nie spadła ani o stopień. Ale zmieniła się atmosfera.
Daniel Amen od lat przypomina, że emocje są zaraźliwe. Tak samo stres i lęk, jak spokój i optymizm. Doświadczyłam tego w ostatnich dniach. Kilka dni na południu, gdzie ludzie celebrują życie mimo pracy w skwarze, gdzie uśmiech jest tak naturalny jak espresso po obiedzie, a wieczorna kolacja to przede wszystkim uczta rozmowy i pięknych emocji, pozwoliło mi odsapnąć i wreszcie zwolnić.
Przed nami zapewne jeszcze wiele gorących dni. Dbajmy o siebie, pijmy dużo wody i szukajmy cienia – to zdrowy rozsądek. Ale pamiętajmy również o czymś, czego nie pokazują termometry.
O temperaturze naszych słów. Czasem naprawdę wystarczy jedna osoba, jedno zdanie, jeden uśmiech, by zmienić perspektywę całej grupy.
Bo nasze słowa mają potężną moc. Mogą podbijać frustrację, stając się paliwem dla zmęczenia, albo przynieść ulgę, której tak bardzo potrzebujemy. Czasami to właśnie jedno zdanie, wypowiedziane z lekkością i życzliwością, zostaje z nami najdłużej.
Czego życzę nam dzisiaj? Rozważnej reakcji na żar i umiejętności rozpraszania napięcia choćby jednym, dobrym słowem.
Wioletta
















































