




Piszę to dwa dni po tym, jak dopłynął do brzegu. Wszyscy piszą o kilometrach. Ja pomyślałam najpierw o czymś innym.
W niedzielny wieczór Bartłomiej „Foka” Kubkowski jako pierwszy człowiek w historii przepłynął Bałtyk wpław, bez dotykania łodzi asekuracyjnej. Ponad 160 kilometrów. Prawie 55 godzin w wodzie.
Większość osób, czytając tę historię, myśli od razu o mięśniach, sile, wytrzymałości ciała. Ja pomyślałam najpierw o czymś innym. O oddechu.
Bo pięćdziesiąt pięć godzin w zimnej wodzie to nie jest pięćdziesiąt pięć godzin pływania. To pięćdziesiąt pięć godzin, w których trzeba utrzymać rytm oddechu mimo zimna, mimo fal, mimo zmęczenia, które z każdą godziną każe ciału szukać pretekstu, żeby przestać. Tam każdy wdech i wydech był na wagę rekordu.
Na co dzień pracuję z ludźmi, dla których każdy oddech bywa walką z zupełnie innych powodów. Wiem, jak wiele kosztuje organizm, kiedy oddychanie przestaje być czymś oczywistym, czego nie dostrzegamy, o czym nie myślimy. I może właśnie dlatego ta historia poruszyła mnie nieco inaczej, niż większość fanów naszej polskiej „foki”.
Poruszyła mnie droga.
Nasz Bartek nie obudził się w piątek rano i nie powiedział: „Dziś przepłynę Bałtyk”. Za tym sukcesem stoi pięć lat prób, tysiące przepłyniętych kilometrów, zmęczenie, zwątpienie i… gorycz porażek. Nie porażki. Porażek.
W zeszłym roku zabrakło zaledwie kilkunastu kilometrów do celu. Organizm odmówił posłuszeństwa. Odmówił mu tego, co najbardziej podstawowe: sprawnego oddechu i orientacji. Dla wielu byłby to moment, by powiedzieć: „To znak, że się nie da”.
On wrócił. I popłynął po raz piąty.
Jeszcze lepiej przygotowany, bardziej świadomy własnego ciała i jego granic. I tym razem dopiął swego.
To właśnie najbardziej podziwiam w sportowcach. Nie medale, rekordy czy miejsca na podium. Podziwiam ich za konsekwencję. Za umiejętność podnoszenia się po niepowodzeniach. Za dyscyplinę i motywację, gdy świat nie patrzy. Gdy czasem wręcz nikt nie patrzy! A mimo to poprzez upór i konsekwencję taka postawa prowadzi do wielkich rzeczy.
Coraz częściej myślę o tym, jak bardzo potrzebujemy takich wzorców. Zwłaszcza młodzi ludzie.
Sport uczy czegoś znacznie więcej niż sprawności fizycznej. Uczy cierpliwości, pokory i radzenia sobie z porażką. Wzmacnia odporność psychiczną i fizyczną – tę samą, która pozwala opanować oddech, kiedy ciało krzyczy, żeby przestać.
Pokazuje, że sukces rzadko jest dziełem jednego dnia. Najczęściej jest sumą setek zwyczajnych dni, w których mimo zmęczenia robimy kolejny wdech i kolejny krok.
Kilka dni temu, będąc w Norwegii, usłyszałam coś, co dało mi bardzo do myślenia. Tam dzieci od najmłodszych lat wychowuje się do samodzielności. Spędzają wiele godzin na świeżym powietrzu niezależnie od pogody.
Jeśli dziecko się przewróci? Wstanie. Następnym razem będzie ostrożniejsze. To naturalny element uczenia się świata – i uczenia własnych płuc, że zimne powietrze też można oswoić.
Przypomniała mi się wtedy sytuacja z Polski. Odbierałam mojego chrześniaka z przedszkola. Jedna z mam z ogromnym oburzeniem pytała, jakim prawem dzieci wyszły na spacer, skoro był wiatr… Pomyślałam wtedy, jak bardzo różnią się nasze podejścia.
Coraz częściej próbujemy usuwać z życia dzieci każdą przeszkodę, każdy dyskomfort i każde ryzyko. A przecież to właśnie one uczą odporności.
Jest takie skandynawskie powiedzenie, które bardzo lubię: „Nie ma złej pogody, jest tylko nieodpowiednie ubranie”. Może podobnie jest z życiem? Nie unikniemy wiatru. Nie unikniemy zimna. Nie unikniemy porażek. Możemy natomiast przygotować siebie tak, by sobie z nimi poradzić – krok po kroku, oddech po oddechu.
Dlatego tak bardzo cieszę się z sukcesu Bartłomieja. Swój wyczyn zadedykował podopiecznym Fundacji Cancer Fighters, dzieciom walczącym z chorobą nowotworową. To dodatkowy wymiar tej historii, który szczególnie do mnie przemawia: wielki wysiłek fizyczny oddany komuś, kto akurat teraz walczy o własny oddech w zupełnie innym znaczeniu.
Cieszę się, bo ta historia przypomina, że wielkie rzeczy rodzą się z małych, powtarzanych każdego dnia decyzji. I z każdego pojedynczego oddechu, którego nikt z zewnątrz nie widzi, a który decyduje o wszystkim.
Chciałabym, żeby takie historie trafiały do szkół, do domów i do mediów częściej niż te o chwilowej popularności. Młodzi ludzie potrzebują dziś nie tylko bohaterów sukcesu.
Potrzebują ludzi, którzy pokazują, że można upaść, złapać oddech, wstać, spróbować jeszcze raz i dojść dalej, niż ktokolwiek wcześniej przypuszczał.
Wielki szacunek, Bartłomieju. Niech Twój wyczyn będzie nie tylko rekordem sportowym, ale przede wszystkim inspiracją. Być może dzięki niemu ktoś dziś złapie głębszy oddech, założy buty do biegania, wyjdzie na pierwszy trening albo odważy się wrócić do walki o cel, z którego kiedyś zrezygnował.
Od takich decyzji bardzo często zaczynają się rzeczy, które wcześniej wydawały się… niemożliwe.
Wiola 🎀
Źródło fot. IG@BKubkowski






















































