
Ostatni weekend spędziłam w Ciechocinku. Spotkaliśmy się tam w rodzinnym gronie. Część z nas przyjechała z południa Polski, część z okolic Torunia. Ciechocinek okazał się dla nas miejscem idealnym: bliskim, ciepłym i otwartym na powolne, wspólne bycie ze sobą.
Od dawna mam wielką słabość do tego miasta. Ostatnio z cichym zaskoczeniem i pewnym rozrzewnieniem zauważyłam, że promuje się ono jako „miasto-ogród”. Przyznam szczerze, że poczułam nutę zazdrości. W końcu nasz Olsztyn również nosi w sobie ten piękny, zielony gen i niezwykle cenię to określenie.
Ale Ciechocinkowi naprawdę trudno odmówić wyjątkowego uroku.
To niewielkie miasto, liczące niewiele ponad dziesięć tysięcy mieszkańców, przeznacza podobno około miliona złotych rocznie na same kwiaty. I tę troskę po prostu się czuje. Przemyślane kompozycje, które cieszą oczy przez cały rok, dopieszczone parki, fontanny, które w pewnym momencie przestałam już liczyć i dostojny Park Sosnowy z cudownym świergotem ptaków.
Oczywiście Ciechocinek większości z nas kojarzy się z tężniami i dobroczynnym, sanatoryjnym mikroklimatem. Dla mnie jednak jego prawdziwa magia tkwi w czymś znacznie subtelniejszym.
Latem aleje wypełniają tłumy, przywodzące na myśl zakopiańskie Krupówki. Zdumiewające jest jednak to, że również poza sezonem miasto nie traci swojego tętna. Podczas naszego październikowego pobytu gości było naprawdę bardzo dużo.
Kawiarnie i restauracje żyły własnym rytmem, spacerowicze wypełniali przestrzenie wokół tężni, a znalezienie wolnej ławki wymagało odrobiny cierpliwości. Zastanawiałam się, co tak naprawdę przyciąga tych wszystkich ludzi? Przecież to nie są wyłącznie kuracjusze. Przyjeżdża tu mnóstwo osób z sąsiednich miejscowości, często po to, by spędzić w tej przestrzeni zaledwie kilka godzin.
Może chodzi po prostu o atmosferę?
Tutejsze uliczki są przepełnione dźwiękami. W jednym miejscu trzy dziewczyny grają na skrzypcach, kawałek dalej starszy pan śpiewa i dzieli się swoimi nagraniami, jeszcze kawałek dalej ktoś wydobywa ciepłe tony z saksofonu. Każdy z nich opowiada inną historię, a wszystko razem tworzy niezwykłą całość.
I jeszcze te słynne ciechocińskie fajfy. Z rosnącą sympatią przyglądam się tej tradycji. Tańce rozpoczynające się bezpretensjonalnie już popołudniu, w kilku miejscach naraz, przy bardzo różnorodnej muzyce. Można iść przed siebie, zatrzymać się tam, gdzie melodia rezonuje z nami najpiękniej i po prostu potańczyć. Bez przygotowań i wieczorowej oprawy. Dlaczego czystą radość z tańca mielibyśmy rezerwować wyłącznie na późne godziny?
A kiedy pojawia się pragnienie ciszy, wystarczy odejść kilka kroków od głównych ścieżek. Posłuchać wiatru w koronach drzew, popatrzeć na zieleń, złapać oddech.
Spacerując, pomyślałam, że poza sanatoryjnym życiem tajemnica Ciechocinka polega na podarowaniu sobie prawa do spacerowania bez celu.
Chociaż… czy na pewno bez celu?
Na co dzień niemal wszystko robimy po coś. Spotykamy się, by coś ustalić. Podejmujemy działania, by osiągnąć konkretne rezultaty. Planujemy, organizujemy, wyznaczamy kolejne punkty. Planowanie jest piękne i potrzebne. Porządkuje nasz świat i pozwala urzeczywistniać marzenia.
Ale równie mocno potrzebujemy chwil, w których możemy od tego gorsetu planów po prostu odpocząć. A przecież nawet odpoczynek tak łatwo potrafimy zmienić w kolejną listę zadań do odhaczenia.
Lubię spacerować po tym miasteczku. Po prostu wyjść bez celu i iść tam, dokąd powiodą kroki. Po to, by zatrzymać się przy muzyce, która poruszy wrażliwą strunę. Usiąść na ławce tylko dlatego, że pojawiła się potrzeba chwili refleksji. I moje ulubione tańce o godzinie piętnastej bez tłumaczenia się przed nikim.
Może najgłębszym sensem takich dni jest pozwolenie sobie na to, by przez moment nie mieć żadnego celu.
Nie wiem, czy to dojrzałość sprawia, że coraz pełniej doceniam takie momenty, czy po prostu ten rodzaj uważności stał się dla mnie najcenniejszą formą regeneracji.
Uwielbiam aktywność. Lubię tworzyć, planować i realizować ważne przedsięwzięcia. Ale z jednakową głębokością cenię sobie umiejętność zatrzymania się, bez harmonogramu, pośpiechu i wewnętrznego przymusu wypełniania każdej przestrzeni działaniem.
Czasami wystarczy po prostu być. Przy bliskich, przy muzyce, pośród jesiennych kwiatów i ze śpiewem ptaków w tle. I te ciche chwile, w których pozornie nic wielkiego się nie dzieje, są w gruncie rzeczy najpiękniejsze.
Jednym z luksusów naszych czasów jest spokój ducha przy okazji nierobienia niczego. Słynne włoskie dolce far niente ze świadomością, że w ten sposób niczego nie tracimy, a wręcz zyskujemy – dla siebie i dla naszych bliskich.
Wiola 🌸

















































