
Niedawno pisałam o Mamie jako o mądrym świetle, które uczy siły i pozwala dorosnąć, dojrzeć. Z okazji jutrzejszego Dnia Dziecka, patrzę na tę samą relację z drugiej strony. Już nie tylko jako córka, ale jako mama dwóch wspaniałych pociech.
Kiedy na świecie pojawiają się własne dzieci, definicja wychowywania się zmienia. Z jednej strony chcesz je chronić przed całym złem. Z drugiej jest to moment, w którym młody człowiek zaczyna głośno żądać własnej drogi. I robi to, cóż… bardzo po swojemu, czasem wręcz bezpardonowo.
Wielu rodziców wpada wtedy w pułapkę poczucia winy. Pytamy siebie w duchu: „Gdzie popełniłem błąd? Skąd ten nagły bunt i słowa, które tak bolą?”.
Odpowiedź bywa prostsza, niż myślimy. Bunt to nie jest brak miłości. To ewolucyjny trening niezależności.
Żeby stać się dorosłym, nastolatek czy młody dorosły musi sprawdzić, kim jest poza bezpiecznym kloszem naszej troski. Musi dostać prawo do własnych błędów.
Ten proces rzadko bywa cichy. Najczęściej towarzyszy mu trzaskanie drzwiami i słowa, których później wszyscy żałujemy. Pod tym twardym pancerzem kryje się jednak gigantyczna, choć maskowana potrzeba akceptacji.
Nastolatek czy młody człowiek rzadko powie: „boję się, przytul mnie”. Prędzej usłyszysz: „nie wtrącaj się, sam wiem lepiej”.
Najtrudniejsza lekcja rodzicielstwa? Dostrzec pod tą maską dziecko, które wciąż nas potrzebuje, tylko uczy się właśnie nowego, szorstkiego języka miłości.
Dzień Dziecka to doskonały moment do przypomnienia o czymś jeszcze. Dzieckiem nie przestajemy być w momencie odebrania dowodu osobistego, płacenia rachunków czy zapełnienia kalendarza po brzegi. Można mieć 8, 18, 40 czy 60 lat i nadal nosić w sobie tę małą istotę, która po prostu chce być zauważona i wysłuchana.
Dorosłość bywa bardzo ciężka, dlatego tak bardzo potrzebujemy czasem zwykłej lekkości. Śmiechu, zachwytu nad drobiazgami, zabawy.
Dla mnie takim wentylem bezpieczeństwa, przestrzenią absolutnej wolności i radości, jest taniec i gotowanie, a potem smakowanie tych pyszności. Kiedy tańczę i gotuję, świat staje się lżejszy, głowa odpoczywa, a do głosu dochodzi czysta, dziecięca radość z bycia tu i teraz. Radość z delektowania się smakami…
Nam, dorosłym, bardzo brakuje dziecięcej szczerości. Za często milczymy, bo „nie wypada”, chowamy emocje w kieszeń, bo „musimy być silni”. A przecież mówienie o swoich potrzebach to nie egoizm. To najwyższy stopień dojrzałości.
Małe dziecko w złości krzyknie: „Nienawidzę cię!”, choć wcale tak nie myśli. Dorosły potrafi już ubrać tę samą złość w mądre słowa: „Kocham cię, ale zabolało mnie to, co zrobiłeś. Potrzebuję chwili dla siebie”.
I na tym chyba polega całe piękno dojrzałości: żeby nie zgubić w sobie bezbronnej szczerości dziecka, ale połączyć ją z odpowiedzialnością dorosłego. Umieć szczerze przeprosić. Mieć w sobie odwagę do zabawy, ale i siłę do brania konsekwencji za podjęte decyzje.
Z okazji Dnia Dziecka życzę wszystkim dzieciom – tym małym, nastoletnim i tym całkiem dorosłym – aby pamiętały o zachwycie, drobnych radościach i odwadze bycia sobą.
A nam, rodzicom, życzę umiejętności samoregulacji, spokoju i głębokiego zaufania. Dorastanie bywa głośne, a samodzielność boli. Ale pamiętajmy: pod każdym trzaśnięciem drzwi nadal pulsuje ta sama, wielka miłość.
Ona po prostu zmienia właśnie swój kod dostępu.
Pozwólmy sobie jutro na odrobinę lekkości. Cudownego Dnia Dziecka!

