
Piłam dziś poranną, czarną kawę w towarzystwie Nathaniela Brandena. Dla niewtajemniczonych: to pisarz, który z poczucia własnej wartości uczynił sztukę i czystą naukę.
I tak, nad tą filiżanką, dopadła mnie refleksja, że jednym z największych znaków naszych czasów wcale nie jest kosmiczne tempo życia czy sztuczna inteligencja. Naszym największym wyzwaniem jest to, że nagle zostaliśmy rzuceni na głęboką wodę i musimy sami, bez koła ratunkowego, dokonywać każdego wyboru.
Jeszcze do niedawna życie przypominało jazdę tramwajem po szynach. Nie mówię, że było łatwiej, bo bywało bardzo trudno. Ale tory były wytyczone i wyraźnie widoczne. Słowo rodzica było święte, nauczyciel miał zawsze rację, a szef w pracy wyznaczał rytm od poniedziałku do piątku. Istniały gotowe, społeczne szablony.
Dziś? Żyjemy w świecie permanentnego „szwedzkiego stołu”. Możesz wybrać absolutnie wszystko: od niszowego zawodu, przez model rodziny, aż po kilkadziesiąt rodzajów mleka na sklepowej półce. Cudowna wolność, prawda? Tyle że na końcu tego kulinarnego raju nikt nie podaje nam gotowego przepisu na to, jak uniknąć egzystencjalnej zgagi od nadmiaru możliwości.
Ostatnio obserwowałam w sklepie młodego człowieka, który stał przed półką z pastami do zębów przez dobre kilka minut. Wyglądał, jakby przeżywał głęboki kryzys decyzyjny. Uśmiechałam się pod nosem, ale wieczorem dotarło do mnie, że my dokładnie tak samo stajemy przed życiowymi wyborami.
Kiedy brakuje nam wewnętrznego kompasu, zaczynamy histerycznie szukać drogowskazów na zewnątrz – w opiniach innych, w algorytmach Instagrama albo u internetowych guru, którzy obiecują proste odpowiedzi na skomplikowane pytania. A przecież dojrzałość, ta prawdziwa, życiowa i biznesowa, nie polega na ślepym kopiowaniu cudzych instrukcji.
Jako matka coraz mocniej czuję, że naszym zadaniem nie jest wychowanie dzieci, które będą we wszystkim potakiwać światu. Szczególnie w obecnych czasach naszym celem powinno być kształtowanie ludzi, którzy kiedyś, bez naszej podpowiedzi, będą umieli powiedzieć „tak”, gdy cała reszta krzyczy „nie”. Ludzi z własnym kręgosłupem.
Dokładnie to samo widzę w biznesie. Przez lata zarządzałam zespołami i wiem jedno: tabele w Excelu i genialne strategie to za mało. O sile organizacji decydują ludzie, którzy znają swoją wartość. Mądry, pewny siebie każdy członek zespołu – bez znaczenia czy to dyrektor, kierownik działu czy pracownik – potrafi słuchać, potrafi przyznać się do błędu i potrafi szczerze cieszyć się z sukcesu kolegi zza biurka.
Taki człowiek nie dostaje zimnych potów, gdy w zespole pojawia się ktoś zdolniejszy. Wie, że jego wartość nie maleje tylko dlatego, że ktoś obok ma dobry pomysł, inne spojrzenie czy wyjątkowy talent. Nie musi więc niczego udowadniać ani bronić za wszelką cenę. Zamiast walczyć o rację, wybiera współpracę, a zamiast krytykować, buduje dobre relacje.
Budowanie zdrowej samooceny nie powinno być luksusowym dodatkiem dla pasjonatów psychologii. Powinno być naszą polisą ubezpieczeniową na przyszłość. Nie po to, by nosić głowę w chmurach i pękać z dumy, lecz po to, by nie iść przez życie po omacku.
Kiedy dopijałam kawę, pomyślałam, że ten cały rynkowy szum i setki gotowych recept mają jeden cel: zwolnić nas z myślenia. To wygodne, dopóki nie zorientujemy się, że gramy w filmie według cudzego scenariusza, w dodatku kiepsko napisanego.
Wolę jednak własną reżyserię. Świat bez gotowych instrukcji bywa wprawdzie bardziej wymagający, ale daje największy luksus, jaki możemy sobie podarować: wolność dokonywania własnych, nawet tych najbardziej nieszablonowych wyborów.
I tego zdrowego, odważnego indywidualizmu życzę Wam na co dzień, Kochani! ❤️
