Kiedy powiedzenie „nie” jest powiedzeniem „tak”. Sobie.

Powinnam wysłuchać, pojechać, odpisać, spotkać się, pomóc, znaleźć czas…

Myślę, że tak jak wielu z nas, mam problem z tym „powinnam”. Szczególnie wtedy, gdy chodzi o osoby bliskie. Bo ktoś potrzebuje rozmowy, ktoś inny rady. Czasem ktoś chce się wygadać, prosi o pomoc, a ktoś po prostu potrzebuje naszej obecności.

I nie ma w tym nic złego. Lubię ludzi. Lubię pomagać. Relacje są dla mnie bardzo ważne.

Ostatnimi czasy coraz częściej patrzę na nasze „tak” także z drugiej strony.

Każde „tak” ma swoją konsekwencję.

Jeśli mówię „tak” kolejnemu spotkaniu albo projektowi, być może mówię jednocześnie „nie” godzinie, którą chciałam spędzić z rodziną. Jeśli mówię „tak” kolejnej sprawie, którą ktoś chce ze mną omówić, może zabraknąć mi czasu na coś, co sama uznałam wcześniej za ważne. Jeśli kolejny raz rezygnuję z odpoczynku – mówię „nie” własnemu zdrowiu i regeneracji.

Nie zawsze oczywiście tak jest. I nie chciałabym, żeby z tego tekstu powstała pochwała odmawiania. Bardziej zależy mi na chwili refleksji.

Kiedy mówię „tak” – czemu jednocześnie mówię „nie”?

William Ury, jeden z najbardziej znanych ekspertów w dziedzinie negocjacji, w książce The Power of a Positive Noopisuje ciekawą zasadę: TAK – NIE – TAK.

Pierwsze „tak” kierujemy do siebie – do swoich wartości, potrzeb i tego, co jest dla nas naprawdę ważne. Dopiero z tego miejsca możemy powiedzieć komuś „nie”. A potem pojawia się drugie „tak” – dla relacji, szacunku, innego rozwiązania czy dalszej rozmowy.

Nie możemy więc naprawdę powiedzieć „tak” temu, co jest dla nas ważne, jeżeli nie potrafimy czasem powiedzieć „nie” temu, co z tym konkuruje.

Ostatnio moja kuzynka znalazła się w sytuacji, w której musiała powiedzieć „nie” osobie ze swojego bliskiego otoczenia. I oczywiście nie zostało to dobrze przyjęte.

Pomyślałam wtedy, że chyba właśnie tego często się obawiamy – że nasze „nie” może kogoś rozczarować.

Dużo zależy od tego, komu odmawiamy. Inaczej rozmawiamy z rodzicem, inaczej z przyjacielem, współpracownikiem, przełożonym czy własnym dzieckiem. Znaczenie mają wiek, bliskość, wzajemne zobowiązania, zależności i historia relacji.

Nie ma jednej recepty na dobre „nie”. Jest natomiast świadomość, że druga osoba nie musi być z naszej decyzji zadowolona. I według mnie jest to jedna z trudniejszych rzeczy do zaakceptowania.

Możemy odmówić spokojnie, z szacunkiem, nikogo nie atakując – a mimo to ktoś poczuje rozczarowanie. Może nawet się obrazić. Dotyczy to także sytuacji zawodowych.

W pracy mam bardzo prosty przykład. Najczęściej gościom nie proponuję kawy.

Nie dlatego, że nie lubię rozmawiać. Właśnie dlatego, że lubię. 🙂

Kawa potrafi oznaczać 30-40 minut. Zaczynamy od konkretnej sprawy, później pojawia się kolejna, potem jeszcze coś. Rozmowa jest miła, tylko praca nadal czeka. A później siedzę wieczorem, żeby dokończyć to, czego nie zdążyłam zrobić wcześniej.

Dlatego na moim stole nie stoją cukierki. Zamiast kolejnego spotkania często proponuję: napisz SMS-a, wyślij maila, prześlij najważniejsze informacje.

Ale jeśli trzeba się spotkać – to spotkajmy się.

Pamiętam jedno takie spotkanie, które „powinno się odbyć”. Zaznaczyłam na początku, że mam pół godziny. Po dwudziestu minutach nadal byliśmy daleko od sedna, więc powiedziałam uprzejmie:

„Zostało nam dziesięć minut. Chciałabym, żebyśmy wykorzystali je na najważniejszą sprawę”.

Zaskoczenie było spore. Pojawiło się nawet pewne niezadowolenie. Przypomniałam więc z uśmiechem, że umówiliśmy się na pół godziny i właśnie tyle czasu mogę dzisiaj poświęcić.

I co się okazało? Dziesięć minut wystarczyło, żeby powiedzieć wszystko, co naprawdę było ważne.

Ta sytuacja potwierdza, że postawienie granicy nie musi oznaczać braku życzliwości. Dałam swój czas. Wysłuchałam. Ale wcześniej jasno powiedziałam, ile tego czasu mam.

Niedawno obserwowałam też inną sytuację. Pewna bliska mi osoba bardzo zaangażowała się w problem kogoś innego. Chciała pomóc, więc powiedziała „tak”. I to było dobre „tak” – wypowiedziane z troski. Tyle że ten problem zaczął pochłaniać coraz więcej jej czasu i energii. Poczuła się przytłoczona.

Kiedy rozmawiałyśmy, wspólnie doszłyśmy do wniosku, że w takiej sytuacji warto zawsze ustalić: ile mogę dać, żeby pomagając komuś, nie zacząć odbierać czegoś sobie?

Czasu, spokoju, energii, obecności przy innych ważnych dla nas osobach. Po prostu możliwości zajęcia się własnym życiem.

Są oczywiście zobowiązania, których nie przeliczamy na minuty. Wynikają z miłości, odpowiedzialności, rodzicielstwa, partnerstwa, przyjaźni czy pracy.

Nie chodzi więc o to, żeby częściej mówić „nie” czy ostrożniej mówić „tak”.

Chodzi o świadomy wybór.

Jeśli mówimy „tak” – to z wiedzą, z czym to „tak” się wiąże. Ile czasu, energii i zaangażowania będzie od nas wymagało. I czy jesteśmy gotowi to dać. Czasami będzie to oznaczało rezygnację z czegoś innego – i to też jest w porządku, jeśli właśnie tak zdecydujemy.

Podobnie z „nie”. Nie każda odmowa jest brakiem życzliwości, egoizmem czy odrzuceniem drugiego człowieka. Czasami jest po prostu ochroną tego, co w danym momencie jest dla nas ważniejsze.

Dlatego nie bójmy się mówić ani „tak”, ani „nie”.

Mówmy jedno i drugie… świadomie.

Ze świadomością konsekwencji swojej decyzji i z szacunkiem dla innych. I dla siebie.

Dbając o ludzi i sprawy, na których najbardziej nam zależy, ale nie gubiąc po drodze własnych potrzeb, wartości i granic.

Bo ważne jest nie tylko to, co odpowiadamy. Ważne jest, dlaczego.

Wioletta Śląska-Zyśk
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.