Łatwiej pomagać niż prosić o pomoc?

Lubimy pomagać. Myślę, że tak. A jednak pomaganie nie zawsze kojarzy nam się wyłącznie z niezmąconym dobrem. Bywa, że budzi w nas ostrożność. Zastanawiamy się, czy nie będziemy zbyt wścibscy, czy nasze intencje zostaną odczytane właściwie, czy gest wsparcia nie okaże się niefortunnie zinterpretowany. Z drugiej zaś strony, gdy to my sami znajdujemy się w potrzebie, prośba o pomoc wymaga od nas czasem dużego wysiłku.

Skąd się to bierze?

Do tej refleksji skłoniła mnie zupełnie powszednia rozmowa z młodą osobą z mojej rodziny. Opowiedziała mi, jak podczas lekcji podpowiedziała koleżance, za co ukarano ją oceną niedostateczną.

Wtedy myślami wróciłam do własnych lat szkolnych.

Przecież większość z nas doskonale pamięta takie momenty. Koleżanka stoi przy tablicy, sparaliżowana stresem; być może zna odpowiedź, lecz w emocjach wszystko umyka z jej pamięci. Widząc jej bezradność, szepczemy datę z historii, kluczowe pojęcie z biologii czy nazwisko bohatera lektury.

Chcemy po prostu pomóc.

Rzecz jasna rozumiem, że edukacja wymaga weryfikacji samodzielnej wiedzy ucznia. Nie zmierzam tu do podważania zasad oceniania ani do gloryfikacji ściągania. Intryguje mnie coś zgoła innego: jakiej lekcji, poza czystą wiedzą, udzielają nam takie sytuacje?

Dziecko wiedzione odruchem serca dostaje bowiem czytelny sygnał: nie pomagaj, bo poniesiesz konsekwencje. Albo: jeśli już pomagasz, rób to tak, aby nikt nie zauważył.

I pomyślałam: czy te drobne, wczesne doświadczenia nie zapuszczają w nas korzeni na całe lata?

Może właśnie wtedy, nieświadomie, zaczynamy przyswajać lekcję, że empatia bywa „nieopłacalna”. Że bezpieczniej jest pilnować własnego poletka i wychodzić z założenia: „umiesz liczyć, licz na siebie”.

A potem wkraczamy w dorosłość.

W pracy ktoś nie wie, jak rozwikłać problem. Ktoś inny gubi się pod natłokiem zadań lub przechodzi trudniejszy okres. W rodzinie brakuje komuś sił, przyjaciel zmaga się z kryzysem. I znów stajemy przed dylematem: podać dłoń czy uznać, że to nie nasza sprawa?

Są też sytuacje znacznie poważniejsze. Widząc, że dzieje się krzywda, milczymy. Na ulicy, w szkole, w przestrzeni zawodowej. Czasem z obawy przed opacznym odbiorem naszych intencji. Czasem ze zwykłego strachu, a niekiedy paraliżowani myślą: „To nie moja sprawa, to mnie nie dotyczy”.

Zastanawiam się, ile razy zdarzyło nam się dostrzec czyjąś potrzebę, lecz nie zrobiliśmy nic. Może uznaliśmy, że wyręczy nas ktoś inny? A może uznaliśmy, że powściągliwość to synonim kultury społecznej?

Powracam myślą do szkoły. Czy uczymy młode pokolenie nie tylko tego, kiedy podpowiadać nie wolno, ale również tego, kiedy nie wolno pozostać obojętnym? Kiedy należy stanąć w czyjejś obronie, wyciągnąć dłoń albo po prostu zaalarmować kogoś, kto potrafi skutecznie zareagować?

Oczywiście wsparcie nie zawsze wymaga bezpośredniej interwencji. Niekiedy mądrość polega na dostrzeżeniu problemu i wezwaniu odpowiednich służb bądź osób.

Ale bywa przecież i tak, że to my znajdujemy się po drugiej stronie barykady. To my ulegamy bezradności, nie wiemy, w którą stronę się obrócić i pilnie potrzebujemy oparcia.

I tu wyłania się kolejna kwestia: dlaczego bez porównania łatwiej przychodzi nam niesienie pomocy innym, niż poproszenie o nią dla siebie?

Prośbę o wsparcie ciągle jeszcze traktujemy jak kapitulację, dowód słabości. „Powinnam poradzić sobie sama”. „Nie chcę być ciężarem”. „Głupio mi prosić”. „Co ludzie pomyślą?”.

A przecież sięgnięcie po pomoc może być czymś dokładnie przeciwnym.

Może być przejawem głębokiej dojrzałości.

Nie każdy problem jesteśmy w stanie rozwiązać w pojedynkę. I wcale nie musimy wiedzieć wszystkiego. Niekiedy dojrzałym i roztropnym krokiem jest proste wyznanie: potrzebuję cię.

Rozważam także, skąd bierze się w nas ten opór przed przyjmowaniem wsparcia. Czy chodzi jedynie o dumę i chęć zachowania samowystarczalności? Czy może natychmiast uaktywnia się w nas poczucie długu?

Robert Cialdini precyzyjnie opisał zasadę wzajemności. Gest wywołuje w nas naturalne pragnienie rewanżu. Być może dlatego tak trudno nam przyjąć bezinteresowność: w naszej głowie natychmiast zapala się lampka z pytaniem: „Jak zdołam się odwdzięczyć?”.

A przecież czasami pełnią wdzięczności jest po prostu szczere: dziękuję i ciepły uśmiech.

Bliskie jest mi powiedzenie, że dobro wraca. Nie sądzę jednak, byśmy musieli prowadzić skrupulatną księgowość tego, ile daliśmy, a ile otrzymaliśmy od świata.

Z perspektywy czasu myślę, że warto pielęgnować w sobie i w innych nie tylko niezależność i odpowiedzialność, ale także mądre, wrażliwe pomaganie, odwagę cywilną oraz cenną umiejętność proszenia o wsparcie.

Jedno i drugie wymaga dojrzałej odwagi.

Pomaganie wymaga uważności na drugiego człowieka. Proszenie o pomoc — pokory i przyznania, że nie musimy dźwigać wszystkiego sami. Przyjęcie pomocy zaś to nic innego jak pozwolenie komuś na gest czystej dobroci.

W poprzednim tekście pisałam o tym, jak niezmiernie ważne jest świadome wyznaczanie granic i mówienie „tak” oraz „nie”. Również wtedy, gdy ktoś oczekuje naszej pomocy.

Dziś chciałabym zwrócić Waszą uwagę na drugą stronę tego medalu: nie musimy zawsze występować w roli silnego opiekuna. Czasem z czystym sercem możemy pozwolić sobie na bycie tym, kto potrzebuje oparcia.

Pomagajmy zatem, kiedy tylko możemy. Prośmy o wsparcie, gdy sił zaczyna brakować. Przyjmujmy je bez cienia wstydu. I dziękujmy z głębi serca każdemu, kto wyciąga do nas dłoń.

A jak to wygląda u Was?

Lubicie pomagać?

Jak radzicie sobie z przyjmowaniem wsparcia od innych?

A może znacznie łatwiej przychodzi Wam bycie oparciem dla świata niż powiedzenie z cicha: potrzebuję cię?

Jestem niezwykle ciekawa Waszych przemyśleń i doświadczeń.

Wiola

Wioletta Śląska-Zyśk

Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.