
Znasz to uczucie, kiedy pędzisz na pełnych obrotach… jakbyś ratowała świat, domykasz kolejne projekty, a Twoje własne ciało nagle zaciąga ręczny i mówi stanowcze: „STOP!”?
Dokładnie to spotkało mnie parę miesięcy temu. Długie, wieczorne godziny przy laptopie, dokumenty, maile… Moja codzienność, którą uwielbiam, ale za którą mój kręgosłup wystawił mi w końcu rachunek.
Bywały noce, kiedy obrócenie się na drugi bok graniczył z cudem. Zmiany są, cofnąć się nie dadzą, ale przecież twardzielki nie płaczą nad rozlanym mlekiem, tylko szukają rozwiązań!
I tu pojawia się Ona. Moja przyjaciółka Edyta. Dziewczyna, która potrafi jednym trafnym zdaniem sprowadzić mnie na właściwe tory.
Znacie ten kultowy utwór Happysad „Zanim pójdę”? Mam do niego ogromny sentyment, a ten jeden fragment od lat mocno we mnie rezonuje:
„(…) gdy jedno spada w dół, drugie ciągnie je ku górze”.
Bo prawdziwa, powiedzmy w kontekście tego wpisu, bliskość, parafrazując tekst Happysad, to:
Nie pluszowy miś ani kwiaty,
to też nie diabeł rogaty.
Ani kiedy jedno płacze,
to drugie po nim skacze…
To ta chwila, kiedy druga osoba bez moralizowania po prostu wyciąga rękę.
I tak oto Edyta wyciągnęła mnie… na pilates na reformerach.
Moja nowa miłość w Olsztynie
Znalazłyśmy w Olsztynie świetne miejsce. I powiem Wam szczerze: przepadłam! Pilates to nie jest „katowanie się” na siłowni – co też ma swój urok i na pewno przynosi korzyści. To raczej znacznie bardziej subtelna, momentami wymagająca, ale szalenie… potrzebna rozmowa z własnym ciałem.
Czasem bywa to rozmowa bolesna i aż nazbyt szczera. Zwłaszcza gdy odkrywasz, że Twoje mięśnie brzucha po miesiącach siedzenia za biurkiem postanowiły zapaść w głęboki sen zimowy…
Ale ciało ma genialną pamięć. Pamięta zaniedbania, to fakt. Ale jeszcze lepiej pamięta troskę!
Chodzę już trzeci miesiąc.
- Regularnie? Tak, 2-3 razy w tygodniu.
- Idealnie? Skądże! Życie i praca mają swoje tempo, bywają tygodnie łatwiejsze i te zupełnie zwariowane.
I to jest moja najważniejsza lekcja: nie muszę być perfekcyjna, żeby robić coś dobrego dla siebie. Wystarczy, że po prostu melduję się na… różowym reformerze 🙂 Efekt? Przestałam budzić się w nocy z bólu, powoli wraca lekkość, a kręgosłup jakby znowu zaczął ze mną współpracować.
Kobiecy pakt o nieagresji
Jak większość z nas, przez lata stawiałam na pierwszym miejscu wszystkich i wszystko: obowiązki, pracę, rodzinę, terminy. Dzisiejszy wpis piszę z poziomu kobiety, która… wie, że jej ciało nie potrzebuje luksusów. Ono potrzebuje po prostu… uwagi. Bez napinki i bicia rekordów. Za to z uważnością i troską.
Najpiękniejsze w tym wszystkim jest jednak coś innego. Kobiecy storytelling w najczystszej postaci. To, jak my, kobiety, potrafimy się wspierać. Bez rywalizacji, bez oceniania czy dawania „dobrych rad” z pozycji mądrzejszej. Po prostu z czystą, ciepłą troską: „Chodź ze mną, spróbuj, poczujesz się lepiej”.
Tego właśnie życzę nam wszystkim na ten tydzień. Żebyśmy miały wokół siebie przyjaciół, którzy ciągną nas w górę, i żebyśmy same potrafiły być taką siłą dla innych. Dziękuję, Edytko!
A jeśli od jakiegoś czasu odkładacie spacer, jogę, badania czy zwykłą chwilę z kawą i książką… Może to jest ten moment? Zrób to dla siebie. Nie idealnie. Nie na pokaz. Po prostu łagodnie. Twoje ciało (i dusza!) Ci się odwdzięczy.
Cudownego, pełnego dobrej energii tygodnia dla Was!
Buziaki,
Wioletta ❤️

