





Google przypomniał mi dziś zdjęcie sprzed dokładnie ośmiu lat. Fartuch, kucharska czapka, ręce w wielkiej misie obok ówczesnego prezydenta Olsztyna Piotra Grzymowicza.
Jako wicemarszałek województwa promowałam wtedy to, co na Warmii i Mazurach mamy najlepsze: naszą żywność i naszych producentów.
Osiem lat, kilka funkcji i wiele wyzwań później mogę powiedzieć jedno: stanowiska się zmieniają, pasja zostaje. Dziś późnym popołudniem, już po pracy, moja kuchnia znów pracowała pełną parą. A wszystko przez jedno zdanie, które „odpala” każdą mamę, gdy dziecko przyjeżdża w odwiedziny z dużego miasta:
„Mamo, upiecz mi coś… tak więcej, żebym mogła zabrać ze sobą.”
I jak tu odmówić? Tak oto powstały klasyczne jagodzianki, do których dołączył budyń własnej roboty, bo lubię wymyślać i łączyć smaki.
Jabłecznik, choć tylko pół porcji, bo jabłek było jak na lekarstwo. Faworki drożdżowe, które świetnie znoszą mrożenie. A na jutrzejszy obiad czekają już pulpety w koperkowym wywarze.
Ktoś zapyta: skąd na to wszystko energia po całym dniu w szpitalu? Odpowiedź jest prosta. Gotowanie dla ukochanych osób nie zabiera energii. Ono ją oddaje!
Zresztą im dłużej działam w życiu publicznym, tym wyraźniej widzę, że kuchnia i zarządzanie to bliższe sobie światy, niż się wydaje.
I tu, i tu trzeba planować, gospodarować tym, co się ma, i improwizować, gdy czegoś zabraknie. Pół porcji jabłek? Bywa. W pracy też nie zawsze dostajemy pełny koszyk zasobów. A obiad i trafna decyzja tak muszą być na czas.
Jest jeszcze coś. Przez lata nauczyłam się, że troska nie zna podziału na życie prywatne i publiczne. Troska to postawa. Tak samo objawia się w blasze jagodzianek dla córki, jak w decyzjach podejmowanych dla mieszkańców regionu, pacjentów i pracowników.
Zmienia się tylko skala, składniki zostają te same: uwaga, serce i odpowiedzialność za tych, dla których to robimy.
Dlatego gdy słyszę pytanie, czy „wypada” osobie publicznej „stać przy garach”, uśmiecham się. Rządzić można różnie, ale jak dla mnie najprzyjemniej w kuchni!
Czego nam dziś życzę? Miejsca, w którym niezależnie od ról i tytułów możemy być po prostu sobą. I kogoś, kto poprosi: „zrób mi coś… tak więcej, żeby móc więcej zabrać ze sobą”.
Wiola
